0 Rozmowy o kuchni

Czas w kuchni – dawniej i dziś oraz kwestia nowinek technicznych

Wielokrotnie pisałam już o tym, jak doskonałym źródłem szybkich i na wskroś praktycznych rozwiązań, również tych kulinarnych, są książki czy magazyny dla pań zwłaszcza z początków XX wieku. Nie bez przyczyny. Kobiety w tamtym okresie łączyć musiały naprawdę wiele obowiązków i jakakolwiek strata czasu mogła skutecznie zaburzyć i tak napięty rozkład dnia.

Wbrew obiegowemu przekonaniu, to właśnie okres II RP był czasem, kiedy coraz więcej kobiet zmuszonych było podjąć pracę zawodową, choćby na część etatu. Pociągnęło to za sobą wiele konsekwencji społecznych, ale nie pozostało też bez wpływu na życie codzienne kobiet. Redaktorki czasopism z tamtego okresu poświęcały tej tematyce wiele uwagi, wspominając często, iż w „czasach przedwojennych”, czyli przed I WŚ, na utrzymanie rodziny wystarczał jedynie dochód mężczyzny. Pod koniec XIX i w początkach XX wieku sytuacja coraz większej rzeszy młodych ludzi wywodzących się z mieszczaństwa oraz zubożałych majątków ziemskich nie należała jednak do najłatwiejszych. W poszukiwaniu zatrudnienia osiadali oni w większych miastach podejmując głównie prace urzędnicze, czy specjalistyczne tworząc powoli nowo kształtującą się grupę społeczną – pracującej inteligencji. Niestety, tego rodzaju działalność często nie przynosiła dużego dochodu, a w połączeniu z chwiejną gospodarką, spekulacjami cen oraz kryzysem mieszkaniowym i związanymi z nim wysokościami opłat za wynajem choćby pokoju powodował, że jedna pensja często nie była w stanie zaspokoić potrzeb nawet młodego małżeństwa.

Fakt podejmowania przez kobiety pracy zawodowej, coraz powszechniejszego korzystania ze zorganizowanych systemów opieki nad dziećmi, jak również potrzeba drastycznego zmniejszenia kosztów utrzymania i wydatków bieżących, w tym tych na jedzenie i pomoc osób trzecich w pracach domowych nie mógł pozostać bez wpływu również na kuchnię i codzienną organizację pracy. Przepisy na tradycyjne, czasochłonne i często – dość wykwintne dania musiały stać się prostsze, tańsze i przede wszystkim – szybsze w wykonaniu. Jednocześnie, wyniesione z domu zwyczaje przekładały się na ambicje młodych, którzy dążyli do utrzymania pewnego poziomu życia.

Kobiety z ciekawością sięgały po nowatorskie przepisy na potrawy kuchni międzynarodowej czy takie z wykorzystaniem dotychczas mniej popularnych składników. Jak grzyby po deszczu na rynku pojawiać zaczęły się poradniki uczące oszczędnego i szybkiego przygotowania potraw oraz nowinki technologiczne mające pracę w kuchni po prostu ułatwić. Naturalnie, na takie zakupy i udogodnienia nie mogli pozwolić sobie wszyscy. Trzeba pamiętać, iż okres II RP dla ogromnej części społeczeństwa oznaczał nie tyle wprowadzenie niezbędnych obostrzeń w domowym budżecie, co po prostu – biedę. Źródła, które jednak analizuję – książki i magazyny z tamtego okresu kierowano głównie do przedstawicielek klasy średniej – kobiet zazwyczaj pracujących zarobkowo, choćby w niepełnym wymiarze godzin i na sytuacji tych właśnie, tak podobnej do nam współczesnym warunkom, skupię się w dzisiejszym wpisie.

1. Aparat Weck’a

Najpoważniejszą bolączką pań domu w okresie międzywojnia było bez wątpienia przechowywanie żywności tak, by możliwie jak najdłużej móc zachować jej walory smakowe i wykorzystać do przygotowywania posiłków. Efektywne wykorzystanie produktów sezonowych ważne było nie tylko dla zdrowia ale przede wszystkim – portfela. Każda, nawet mniej doświadczona pani domu wiedziała, że zakupy pewnych składników w większych ilościach należy zrobić kiedy dostępne były po najniższych cenach i w najlepszej jakości. Jednym z zasadniczych obowiązków było zatem zaplanowanie i przygotowanie w odpowiednim momencie przetworów, konserw i zapasów w ilościach, które zaspokoić mogły potrzeby rodziny na resztę roku. Od setek lat gospodarstwa domowe miały na to swoje sposoby. W okresie jednak, kiedy czas kobiet stał się zasobem tak ograniczonym, coraz częściej sięgano po gotowe konserwy sklepowe. Pewną rewolucją w tym procesie były również niezwykle popularne w tamtym okresie aparaty Weck’a, pozwalające na długotrwałe przechowywanie konserw i ich przygotowanie bez użycia cukru i jakichkolwiek dodatków konserwujących w słojach uszczelnionych specjalnym, gumowym krążkiem i pokrywką umocnioną dodatkową sprężynką uniemożliwiającą ich otworzenie się nawet po poddaniu wysokiej temperaturze.

„Gospodyni, która sama konserwuje, ma w każdej chwili do rozporządzenia co tylko jej potrzeba: dziczyznę, owoce, jarzyny, soki, leguminy (…) Nie znajdzie się nigdy w kłopocie w razie nieoczekiwanych odwiedzin, czy zasłabnięcia któregoś z członków rodziny. Oszczędza sobie czasu, gotując na zapas na taki dzień, w którym będzie nieobecna w domu, lub na który więcej trzeba będzie przygotować aniżeli zazwyczaj; przygotowuje sobie zapasy na wycieczki, konserwować można bowiem i gotowe potrawy. Używająca konserwatora znajduje pełne zadowolenie, przeglądając swoje zakonserwowane zapasy, a wśród przyjaciół i znajomych słynie jako dzielna gospodyni”

Sposób użycia konserwatorów firmy Weck i przepisy sporządzania konserw, Warszawa 1929

Któż mógłby się oprzeć takim obietnicom?!

2. Lodownie

Choć trudno nam dziś to sobie nawet wyobrazić, lodówka z zamrażarką w każdej kuchni to coś stosunkowo nowego. W przedwojennej Polsce ich funkcję pełniły (i tak zresztą tylko w zamożniejszych gospodarstwach domowych!) specjalnie przystosowane do tego celu szafki, których boki przegrodzone były w odpowiedni sposób i wyłożone lodem. Naturalnie, dla utrzymania niskiej temperatury lód należało wymieniać a kosztował niemało. W miastach kupowało się go w lodowniach miejskich, zazwyczaj w formie miesięcznego abonamentu.

To właśnie problem przechowywania żywności, zwłaszcza w cieplejszych miesiącach w sposób decydujący warunkował rytm dnia kobiet, zmuszając je do codziennych zakupów świeżych składników takich jak mięso czy ryby, domowego konserwowania żywności i przygotowywania przetworów czy umiejętność zakupów świeżych produktów pomimo zabiegów stosowanych przez nieuczciwych sprzedawców do zamaskowania ich faktycznego stanu.

Stoisko Fabryki Lodowni „Ideał” Kraków, Targi Katowickie 1937

3. „Maszynki” czyli kuchenki oraz piecyki „prodige”

Istną rewolucją w przygotowywaniu posiłków było upowszechnienie się w dwudziestoleciu międzywojennym jedno- lub kilku-palnikowych kuchenek, zwanych maszynkami. Przy ograniczonych warunkach lokalowych pozwalały one, wraz z prodiżem i tzw. skrzynką szwedzką ugotować pełny obiad dla rodziny nawet bez dostępu do prawdziwej kuchni.

W dużych miastach najpowszechniejsze były kuchenki gazowe, podłączone podstawową instalacją z gazomierzem, na prowincji jednak wciąż do stosowano głównie te spirytusowe i naftowe – knotowe i tzw. primusy. Niestety użytkowanie zwłaszcza tych spirytusowych nie należało do najwygodniejszych. Nie tylko, że spirytus czynił proceder dość kosztownym, wymagał również bieżącego uzupełniania co wiązało się z koniecznością przerwania procesu gotowania nawet kilkukrotnie.

Wprowadzenie kuchenek gazowych miało jednak również swoje ciemne strony. Ilość pożarów i wybuchów w mieszkaniach w tamtym okresie, wynikająca z braku umiejętności ich obsługi spowodowała, że powszechnie organizowano bezpłatne kursy gotowania na takich maszynkach. Były one niezwykle przydatne nie tylko ze względów bezpieczeństwa ich użytkowania. Codzienne (i oszczędne!) przygotowywanie z ich użyciem kilkudaniowych posiłków dla całej rodziny wymagało nie lada wprawy, zwłaszcza w kwestii planowania procesu gotowania tak, by wszystkie elementy dogotowały się w różnych urządzeniach w odpowiednim czasie.

W handlu dostępne były również już w tym czasie kuchenki elektryczne, jednak koszty prądu czyniły je tak nieekonomicznymi, iż użytkowano je głównie do podgrzewania raczej niż gotowania potraw – i to zresztą jedynie w zamożniejszych domach.

Niezbędnym uzupełnieniem kuchenki było również urządzenie zastępujące piekarnik, czyli popularny jeszcze nie tak dawno – prodiż. Pozwalał on na przygotowanie nie tylko pieczonych mięs czy potraw obiadowych, ale również ciast – w tym tych drożdżowych i tortów, które do tej pory pozostawały poza zasięgiem pań domu nieposiadających kuchni z prawdziwego zdarzenia.

4. Dogotowywacze tzw. skrzynki szwedzkie oraz domowe „gniazdka”

„(…) żadnego dłuższego posiłku nie wykonamy bez dogotowywacza. Przyrząd ten, bardzo rozpowszechniony w czasie okupacji niemieckiej, obecnie znikł prawie zupełnie z handlu.” – pisała jedna z redaktorek jeszcze w 1929 roku doradzając jednocześnie wszystkim paniom wykonanie domowego ich odpowiednika, tzw. gniazdka. Urządzenie to pozwalało na utrzymanie temperatury potraw i powolne ich „dochodzenie” po pierwszym zagotowaniu na maszynce. Do ich wykonania potrzebna była drewniana skrzynka, z wiekiem, na zawiasach, której spód wypełniano szczelnie warstwą mocno zbitego siana. Na takiej konstrukcji układano następnie dwa garnki, z których jeden w przyszłości służyć miał do gotowania zup, drugi zaś – jarzyn czy np. kasz. Całą przestrzeń pomiędzy ściankami skrzynki oraz samymi garnkami ponownie wypełnić należało sianem i strzępami papieru, upychając je na tyle mocno, by po wyjęciu garnków zachowały swój kształt. Dodatkową warstwą izolacyjną był również wypełniony sianem materacyk uszyty z barchanu czy perkalu, który przykrywał garnki i pozwalał na jak najdłuższe utrzymanie temperatury.

A dziś?

Czytając o urządzeniach, po które sięgały kobiety przed laty nie sposób oprzeć się refleksji, jak prostą jest nasza dzisiejsza praca przy przygotowywaniu posiłków. Tym bardziej dziwi zatem, że pomimo oszczędności czasu i często – jakiegokolwiek wysiłku stajemy się w kwestii domowej kuchni coraz mniej wymagający. W coraz mniejszej ilości domów spotkać można codzienne obiady złożone z kilku dań, takich w dodatku, które nie powtarzałyby się następnie przez kilka dni z rzędu. Jak znajdowały na to czas kobiety dawniej? Myślę, że po prostu nie wyobrażały sobie, by było inaczej i to wokół swoich codziennych obowiązków i pomimo niewątpliwego zmęczenia ustalały codzienne priorytety i rozkład dnia.

Poza oczywistymi udogodnieniami w postaci kuchni, mikrofali czy piekarników, które mamy dziś do dyspozycji, rynek pełen jest również urządzeń i nowinek, które jeszcze bardziej ułatwić mają nam żywienie rodziny. Niestety, często okazują się one nie tylko zajmować miejsce w kuchni pozostając wcale lub mało używane. Z każdym takim „kombajnem” jest przecież mnóstwo zachodu. Tym ważniejsze staje się zatem wybranie takich urządzeń i w takiej jakości, która faktycznie pozwoli nam nie tylko na zwrot włożonej inwestycji, ale również oszczędność czasu i pracy własnej.

W swojej kuchni ilość technicznych nowinek i urządzeń wielofunkcyjnych staram się utrzymać na minimalnym poziomie, racjonalnie podchodząc do tego rodzaju zakupów. Znam siebie na tyle, by wiedzieć, że wyciągnięcie z głębi kuchennych szafek kolejnego urządzenia, jego złożenie, użycie a następnie czyszczenie skutecznie zmotywuje mnie do wykonania danej czynności tradycyjną metodą bez całego tego ambarasu.

Mimo to, jest jednak kilka urządzeń, bez których nie wyobrażam sobie efektywnej pracy w kuchni. Należą do nich bez wątpienia – mikser (najprostszy – ręczny, bez zbędnych udziwnień), bo chyba ręka by mi uschła od ubijania białek w ilościach potrzebnych do gotowania według przedwojennych receptur, sokowirówka, najprostszy manualny „siekacz” na korbkę (niezastąpiony do krojenia warzyw na sałatki i siekania cebuli!) oraz zestaw do gotowania na parze.

Nowość w mojej kuchni – wolnowar

Od niedawna miejsce w mojej kuchni znalazło jeszcze jedno urządzenie – wolnowar. Choć podeszłam do niego z właściwym sobie dystansem, po serii testów przygotowania różnych potraw muszę przyznać, że to akurat urządzenie z pewnością będzie należało do tych pozostających w mojej kuchni w regularnym użyciu. Zasada jego działania przypomina nieco wspomniane wyżej dogotowywacze, a jego historia sięga lat 70-tych. Pierwszym producentem wolnowarów była firma Crock-Pot, dzięki współpracy z którą powstał ten wpis, a ja miałam możliwość testowania urządzenia. Do dziś zresztą na całym świecie to właśnie nazwa Crock-Pot pozostaje synonimem wolnowarów.

Zasada jego działania opiera się na długim, wielogodzinnym przygotowaniu potraw w temperaturze poniżej 100 C, co pozwala na zachowanie ich wartości odżywczych ale przede wszystkim – walorów smakowych. Przyznam szczerze, że czytając pierwotnie o gotowaniu potraw w elektrycznym urządzeniu przez kilka bitych godzin, moje zapatrywanie na tą koncepcję było dość sceptyczne. Jak miałoby to zaoszczędzić mój czas, skoro w piekarniku cały proces zajmuje krócej? Ile koniec końców zapłacę za prąd? Czy składniki, zwłaszcza warzywa, gotowane przez kilka godzin nie zmienią się w rozgotowaną papkę?

Otóż nic z tych rzeczy! Ku mojemu zdziwieniu gotowanie w wolnowarze jest tańsze niż w tradycyjnym piekarniku, a kilka godzin „gotowania” nie wymaga od nas żadnej, absolutnie żadnej ingerencji poza włożeniem do niego wszystkich składników i ustawieniem czasu przygotowania. Obiad zatem dosłownie – robi się sam. Ba! W czasie, gdy się robi nie musi nas nawet być w domu, albo możemy gotować danie na następny dzień przez noc. Po upływie zaprogramowanego czasu, urządzenie przełączy się w tryb podtrzymywania temperatury. Wracając do domu z pracy może na nas już zatem czekać gorący obiad. Dzięki niskiej temperaturze i odpowiedniej cyrkulacji ciepła w urządzeniu, nic nie ma prawa się przypalić, nie wymaga od nas również mieszania i doglądania potrawy. Co było dla mnie równie ważne to fakt, że pokrywa urządzenia i metoda gotowania pozwala na znaczące zniwelowanie zapachu gotowania w domu. Jakkolwiek uważam, że w porze obiadu kuszące zapachy powinny rozchodzić się po pomieszczeniach, niekoniecznie chciałabym by były wyczuwalne przez cały dzień, zwłaszcza w przypadku dań o intensywniejszym zapachu, jak choćby baranina.

Mięso przygotowane w wolnowarze pozostaje wspaniale soczyste, przechodzi smakiem wszystkich pozostałych składników i po prostu rozpływa się w ustach. Jest to szczególnie przydatne w przypadku mięs trudniejszych w przygotowaniu – wołowinie czy właśnie baraninie, które nieumiejętnie przygotowane potrafią być zbyt suche, twarde czy „gumowate”. W wolnowarze nawet osoba bez żadnego doświadczenia w ich obróbce przygotuje z ich wykorzystaniem potrawę, która zachwyci domowników. Dodatkowo, przygotować możemy od razu właściwie cały obiad bo w wolnowarze ugotują się również jarzyny. Nie wiem jakim cudem, ale wcale się nie rozgotowują.

Urządzenie pozwoli nam również na przygotowanie zup, bulionów, gulaszów czy sosów oraz doskonale sprawdzi się do dań, które potrzebują więcej czasu – np. bigos. Ucieszyło mnie to o tyle, że odwieczną bolączką w moim domu w okresie przedświątecznym jest fakt posiadania kuchenki czteropalnikowej, które nigdy nie starczają na jednoczesne przygotowanie wszystkich potraw.

W najbliższym czasie na blogu ukaże się również przepis na wyjątkowo pyszne danie obiadowe przygotowane z wykorzystaniem wolnowaru, oczywiście oparte na przedwojennej recepturze. Z pełną ofertą tych urządzeń możecie zapoznać się na stronie producenta www.crock-pot.pl

Jestem bardzo ciekawa Waszych doświadczeń w kwestii przygotowywania potraw i wykorzystywania w kuchni nowinek technicznych. Po jakie z nich sięgacie w swoich kuchniach?

Mogą zainteresować Cię również

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.