1 Dania główne/ Zupy

Najprostsza zupa kminkowa według przedwojennego przepisu

zupa kminkowa

Kminek, powiedzmy to sobie uczciwie, podobnie jak czosnek potrafi budzić w ludziach skrajne emocje, właściwie to dzieląc rodzaj ludzki na dwie grupy. Są tacy co za kminkiem przepadają i dodają go w dużych ilościach do wszystkiego co się nawinie, a są i tacy, którzy wzdragają się na samo wspomnienie tego co by nie mówić – specyficznego smaku. Zawsze w naturze znajdzie się też miejsce na rozmaite dziwactwa i aberracje, z pewnością można więc pokusić się o wyróżnienie jednej jeszcze grupy – tych, co to kminku ani nie lubią ani lubią a zwyczajnie nie znają. Obie grupy odrzucające kminek, i pewnie ten przepis – w przedbiegach niech się pocałują w nos bo nie wiedzą co tracą! Wiem co mówię, bo sama aż do ubiegłej niedzieli nie wiedziałam!

Zaczęło się od tego, że w niedzielę, jak to w niedzielę, od 8:30 rano w kuchni pyrkotał już sobie powolutku rosół. Lubię w dni wolne zacząć z gotowaniem wcześnie, bo potem człowiek może się oddać jakimkolwiek innym zajęciom, iść na przykład na spacer, a jeśli dalej ma życzenie sobie gotować – to już nie z przymusu a z przyjemności, a to akurat duża różnica. Czy potrawa wtedy wyjdzie, czy nie – obiad dla rodziny i tak już mamy z głowy. Wracając jednak do zupy kminkowej, przy okazji tego właśnie rosołu jakieś licho mnie podkusiło, żeby spróbować przeobrazić go w taką właśnie zupę. Przymierzałam się do niej w duchu od dłuższego już czasu jak przysłowiowy pies do jeża, wiedząc doskonale, że prędzej czy później i tak ją przygotuję. Czaiłam się do niej nie dlatego, że kminku jakoś wybitnie nie lubię – lubię – ale jakoś nie mogłam sobie wyobrazić jak smakować będzie z niego zupa. 

Zrobienie takiej kminkowej to zresztą żadna filozofia, a zawsze jakieś urozmaicenie i z tego choćby powodu gorąco wszystkich kręcących teraz nosem namawiam żeby takiej zupie dać szansę. Za mało zresztą dziś już jemy zup, a jeśli już – przerabiamy je na pełnoprawne dania obiadowe upychając do środka tyle węglowodanowo-mięsno-warzywnych wkładek, że łyżka w takiej zupie potem stoi. Żeby nie było, nic naprzeciw takim konkretnym zupom nie mam, co więcej potrafią one być prawdziwym wybawieniem dla każdej pracującej zawodowo kobiety w środku tygodnia! Warto jednak czasem skusić się na przygotowanie zupy na pierwsze danie – taka kminkowa wspaniale wyostrzy apetyt a dodatkowo pozytywnie wpłynie na trawienie. 

Żeby zrobić zupę kminkową, potrzebujemy dwóch rzeczy – kminku i rosołu. I jeszcze trochę chleba. Rosół gotujemy zwyczajnym sposobem – od razu uprzedzam, że żadne rosołki w kostce się do tego celu nie nadają bo cała istota tej zupy zasadza się jednak na porządnym, domowym bulionie. Ponieważ, jak wspomniałam ja miałam akurat rosołu cały gar, postanowiłam do kminkowej odlać po prostu małą porcję – tak dosłownie na dwa talerze, w razie gdyby jednak taki eksperyment w nasze gusta nie trafił. Do takiego rosołku wrzuca się na oko, ale hojnie całego kminku i pod przykryciem gotuje jakieś pół godziny. W tym czasie kromkę chleba przerabiamy na grzaneczki do zupy a na patelni robimy zasmażkę. W jednej ze starych książek podawano też wersję zupy kminkowej zabielanej śmietaną, ale to mi jakoś już nie do końca pasowało. Zaciągnięta zasmażką była w sam raz.

Tuż przed podaniem do zupy wrzucamy grzaneczki, cudownie do smaku zupy kminkowej pasują i pogryźć jest jednak co. Ten smak jest naprawdę nie do podrobienia i jeśli nie żywicie jakiejś okrutnej awersji do kminku, gwarantuję, że zagości na stałe na Waszych stołach! A może już taką zupę znacie?

 

Mogą zainteresować Cię również

1 komentarz

  • Reply
    Ola22
    Marzec 7, 2017 at 18:29

    Trochę ryzykowna zupa jak ktoś z mdomowników nie przepada za kminkiem. Ale wygląda bardzo apetycznie!
    Pozdrowienia

  • Dodaj komentarz