Jest coś magicznego w obiedzie, w skład którego – czy to jako pierwsze czy główne danie, wchodzi zupa. Magicznego, bo już samo postawienie na stole wazy z zupą i nalewanie jej po kolei wszystkim przy stole to pewnego rodzaju rodzinny, prywatny rytuał. Talerz gorącej, aromatycznej zupy to w moim odczuciu coś co z pewnością nas zdrowo nakarmi ale również w jakiś właśnie magiczny sposób uspokoi wewnętrznie. Jakoś tak się od razu człowiekowi robi raźniej na duchu gdy zje talerz dobrej domowej zupy, prawda?
Bo zupy w ogóle są takim zaprzeczeniem fast-foodów i współcześnie okropnie zabieganego trybu życia. Jemy je – chcąc nie chcąc – powolutku, zauważając świadomie każdy składnik. Gotować się swoje też muszą (chyba że dysponujemy wcześniej przygotowanym bulionem) a przede wszystkim – najadamy się nimi w sposób umiarkowany.
W środku tygodnia, który już zdołał mnie kilka razy wyprowadzić z równowagi jedynym zatem ratunkiem dla mojego spokoju wewnętrznego musiała być zupa. I to nie byle jaka! Zupa pieczarkowa to danie, za którym nie wiedzieć czemu, przepadają chyba wszystkie dzieci. Przynajmniej tak się sprawy miały za czasów mojego dzieciństwa. Choć należałam raczej do niejadków, w przypadku tej akurat zupy nigdy obyć się nie mogło bez dokładki ku szczerej uciesze mamy czy babci. Choć z bycia niejadkiem z całą pewnością już wyrosłam, dokładki domowej zupy pieczarkowej wciąż nie potrafię sobie odmówić.
Ciekawostką jest, że pieczarki, dziś tak popularne, w pierwszych latach swojej hodowli (a było to we Francji w XVI wieku) uchodziły za absolutny rarytas i ceniono za wybitne walory smakowe. Również i w kuchni polskiej swoją obecność zaznaczyły dość dawno bo przepisy na zupę pieczarkową znaleźć można spokojnie w książkach kucharskich z XIX i początków XX wieku, choć w swojej formie była posiłkiem dużo skromniejszym niż przepisie, który podaję poniżej.
Moja zupa pieczarkowa należy bowiem do tych treściwych. Zapewne ku oburzeniu zupowych purystów, pływają w niej żywo pomarańczowe kostki marchwi, zieleni się nać pietruszki a zamiast popularnego wśród niektórych makaronu – dodaję do niej ziemniaki. Wychodzi obłędnie pyszna!
Zaznaczę od razu, że w przepisie poniżej piszę o śmietanie w sposób zupełnie ogólny. Dodajcie taką, jaką lubicie – klasyczną, gęstą 18% lub śmietankę o kremowym, słodkawym smaku.
- 1,5 - 2 l bulionu
- 1 duża cebula
- 500 g pieczarek
- 2 korzenie pietruszki
- 2-3 marchewki
- kawałek selera
- 2-3 ziemniaki
- natka pietruszki
- ok 1/2 szkl śmietany
- kopiasta łyżka mąki
- sól, pieprz, ziele angielskie, liść laurowy
- 2 łyżki masła
- Pieczarki oczyścić i pokroić w mniejsze kawałki lub w plasterki. Przesmażyć je chwilę na patelni, posolić i poddusić aż odparują część wody. Odstawić.
- Warzywa wraz z cebulą obrać i pokroić w dość drobną kostkę. W garnku podgrzać łyżkę masła, podsmażyć cebulę a po chwili dodać pozostałe warzywa i przyprawy. Całość zalać domowym bulionem. Gotować pod przykryciem ok 25 minut, po czym dodać pieczarki. Gotować na wolnym ogniu aż warzywa zupełnie zmiękną.
- W kubeczku zahartować śmietanę niewielką ilością zupy, wymieszać dokładnie z łyżką mąki. Pod koniec gotowania dodać powoli do zupy.
- Podawać posypaną natką pietruszki.